Felieton literacki o wierszach i lekturach szkolnych

Tuż przed tegorocznymi maturami wdałam się w dyskusję o lekturach szkolnych. Przygotowująca się akurat do egzaminu dojrzałości dziewczyna (z rocznym opóźnieniem, o czym wspominam, żeby podkreślić jej większą od maturalnych „rówieśników” dojrzałość ) stwierdziła, że lektury są okropne. Jej zdaniem w żaden sposób nie zachęcają do czytania książek – wręcz przeciwnie – zniechęcają.

Jej zdaniem powinny być całkiem wymienione. Obecne są przestarzałe i nudne.

W kwestii wszelkiego rodzaju antykoncepcji owa młoda osoba miała natomiast do powiedzenia przerażająco dużo.

Ja, co do lektur jestem zdania całkowicie odmiennego i, jak napisałam, zabierając głos we wspomnianej dyskusji,lektury to nasza historia i kultura. Lektury poszerzają naszą wiedzę o kwestie społeczne i socjologiczne w stosunku do suchych faktów, które przedstawiają nam lekcje historii.

Faktem jest, że w szkołach brakuje nieco spójności i łączenia przestrzeni i czasu w opisywanych w literaturze dziejach ludzi z tym, co w tym samym czasie działo się w kwestii polityki i na froncie. Obie kwestie są omawianie całkowicie od siebie niezależnie – zazwyczaj w dwóch, różnych klasach na języku polskim i na lekcjach historii.

Dobór lektur, poza aspektem historycznym, bierze pod uwagę jeszcze inne wartości. Zwróciłam na to uwagę zastanawiając się, dlaczego niektóre książki, które czytam nie tylko lekturami nie są, ale też nigdy się nimi nie staną. Podzieliłam je na te, które się po prostu otwiera, czyta, zamyka i odkłada na półkę, a z czasem z tej półki zdejmuje, żeby zrobić miejsce tym, które bardziej na nie zasługują.

Te drugie, którym pierwsze ustępują miejsca, są książkami do kontemplowania. To pozycje, o których myśli się jeszcze przez długie tygodnie. Są to książki, które skłaniają do refleksji i wpływają na nasze wnętrze: rozbudzają zardzewiałe tryby i sprawiają, że intelektualna maszyna znów zaczyna pracować. To książki, które chcemy omawiać z innymi, o których można dyskutować całe godziny i wciąż odkrywać nowe aspekty, albo tematy do poruszenia.

I takie właśnie są lektury szkolne.

Takie było na przykład „Tango” Mrożka, które do dziś dźwięczy mi w głowie. A im bardziej poznaję i zaczynam rozmieć historię Polski, tym większego sensu nabiera dla mnie rozdział o mężczyźnie, który zachowuje się jak pies, bodajże w drugim rozdziale książki i dialog przeprowadzony pomiędzy mężczyznami znajdującymi się w tym samym pokoju. Parafrazując:

– Czy on gryzie?

– Nie, nie ma zębów. Liże.

To nic innego jak alegoria degeneracji polskiego społeczeństwa przedstawiona tak wymownie, że tysiącem słów nie dałoby się zobrazować i opowiedzieć tego lepiej.

Tysiące słów w paru strofach

A wiersze? Co z wierszami? Niektórzy lubią poezję, pisała Wisława Szymborska, ale lubią też zupę pomidorową, pisała kawałek dalej doskonale spłycając sens tego „lubienia” wierszy.

Wiersze i poezja były kolejną szkolną bolączką. Nimi również męczono nas w szkole.

Mi w pamięci zapadły trzy, chyba wszystkie ze szkoły podstawowej.

Pierwszym z nich jest „Warkoczyk” Różewicza, który sam siebie nazywał rzemieślnikiem.

Kiedy żona mówi, że nie ma na chleb, powiedział kiedyś w wywiadzie, idę i siadam do pisania.

Nie wiem jednak, czy rzemieślnik mógłby stworzyć tak doskonałe dzieło jakim dla mnie jest wspomniany „Warkoczyk”.

Ten omówiony w ósmej klasie wierszyk, zaledwie kilkustrofowy spowodował, że w szkole średniej podczas omawiania „Medalionów” Nałkowskiej, literatury wojennej, siedziałam na lekcji z zatkanymi uszami. Nie przeczytałam tej książki, o czym moja nauczycielka od polskiego i jednocześnie wychowawczyni doskonale wiedziała.

Rozumiała, że nie byłam w stanie. Wiedziała też, że książka nie będzie mi niezbędna na maturze, więc nie męczyła mnie z tego powodu.

Przedstawiony przez Różewicza kontrast dziewczynki zagazowanej w obozie koncentracyjnym w zestawieniu z tym, które razem ze mną biegały po szkolnym korytarzu w zupełności mi wystarczył i kiedy na studiach, w ramach „wycieczki klasowej” (mając na roku łącznie 25 osób mogę spokojnie porównać ów fieldtrip do typowej wycieczki klasowej) niemieccy studenci przegłosowali zwiedzanie Auschwitz.

Ja jednak nie miałam zamiaru nigdzie iść. Nie wysiadłam z autobusu. Pan od języka polskiego, który był naszym opiekunem przez chwilę próbował mnie na to namawiać, ale zrozumiał, że nie dam rady. Powiedziałam, że „Warkoczyk” Różewicza mi wystarczył.

Zrozumiał.

Wyprzedzając rozumienia sensu i świata

Drugim wierszem, który został w mojej pamięci jest „Dewotka”, nie pamiętam, czyjego autorstwa*. Krótki, humorystyczny wierszyk próbujący wyjaśnić dziecku znaczenie słowa „dewotka”, a które w pełni zrozumiałam dopiero będąc dorosłą osobą.

Dziecku nie każdą abstrakcję da się tak łatwo wyjaśnić, bo jego percepcja poznania nie do wszystkiego jest wystarczająco rozwinięta.

Moja w tamtym czasie nie była, ale zostawiła to sobie na później, aż w końcu dorosłam do rozumienia znaczenia poznanego słowa.

Na podstawie tego poemaciku, muszę przyznać, wierszyki są doskonałym sposobem na edukację w kwestii rzeczy trudniejszych.

Hołd i pomnik doskonały

Ostatnim wierszem jest „Pan od przyrody” Zbigniewa Herberta, który, co do linijki omówił ze mną oraz pozostałymi uczestnikami kursu przygotowującego do egzaminów ósmoklasisty Pan od Polskiego z XIV L.O. we Wrocławiu. Sposób, w jaki ów nauczyciel podszedł do tematu omawiania tegoż wiersza spowodował, że moje problemy z rozumieniem poezji skończyły się raz na zawsze. Treść wiersza jest jakoby wspomnieniem małego chłopca, który opowiada o wyjątkowym nauczycielu – człowieku, który zdążył wpłynąć na jego życie i to w sposób absolutnie niezwykły i pełny, zanim owego nauczyciela zabrała chłopcu wojna, a raczej – jak ujął to podmiot lityczny, zanim łobuzy od historii go zabili.

Wiersz ten jest niejako hołdem Zbigniewa Herberta oddanym swojemu nauczycielowi, który uczuł go właśnie przyrody.

A nie, przepraszam! Jest jeszcze jeden wiersz, którego najpierw, kiedy była w Szkole Podstawowej nauczył mnie w oryginale, po łacinie, mój dziadek, a który to wiersz później krótko omawiany był już w Szkole Średniej. Wiersz ten to „Exegi monumentum” Horacego, czyli „Zbudowałem pomnik”.

Horacy, chcąc ukazać potęgę wiersza, jako wyrazu literackiego, porównał go do twardszego od spiżu pomnika, którego ani czas, ani wiatry północne nie zdołają zburzyć.

Przed chwilą sprawdziłam, że nadal potrafię „ów pomnik„ wyrecytować w oryginale. Myślę, że tym opisanym w wierszu pomnikiem wiersza mogę również określić to, co prof. dr hab. n. med.** Tadeusz Czereda, człowiek odznaczony krzyżem Virtuti Militari, a dla mnie po prostu najukochańszy dziadek zrobił.

Był on osobą, która jako jedyna naprawdę szczerze pytała o to, co u mnie słychać i z zainteresowaniem słuchała moich odpowiedzi. A przecież cóż interesującego może mieć do powiedzenia dziecko uznanemu profesorowi medycyny?

Patrząc na to z tej perspektywy czasu widzę, że to, jak mnie traktował, jakim szacunkiem obdarzał mnie – małe dziecko, stało się podstawą tego, jak ja traktuję innych.

Podczas pogrzebu usłyszałam od paru ówczesnych lekarzy, niegdyś jego studentów, jakim był nauczycielem. Nawet mój wujek, który nie uchodzi ani w rodzinie, ani wśród obcych (w tym – wśród swoich pacjentów), za osobę umiejącą powiedzieć cokolwiek pozytywnego, o moim dziadku, jako swoim profesorze i wykładowcy nigdy nie wyrzekł złego słowa.

Wręcz od tegoż właśnie wujka dowiedziałam się, że, jako jedyny z wykładowców nigdy nie brał pod uwagę, że właśnie sam kształci sobie konkurencję.

Wręcz przeciwnie – robił zawsze wszystko tak, żeby edukowani przez niego młodzi ludzie wynieśli z zajęć jak najwięcej.

Pomnik Horacego może mieć wiele znaczeń, w zależności od kontekstu i potrzeby zastosowania tej alegorii. Jest pięknym przykładem, jak wiersz może pomóc w wyjaśnieniu – nawet samemu sobie, jakiegoś zawiłego tematu. Mimo więc, że rzecz tyczy się pomnika jako wiersza, dla mnie owym monumentum jest wpojona mi przez dziadka etyka i postanowienie, które podjęłam, kiedy, dla mnie zdecydowanie za wcześniej umarł: że będę żyć tak, że, gdyby dziadek żył, byłby ze mnie dumny.

Przygotowanie na dorosłe życie

Z wiekiem rozumiem coraz więcej z lektur, które na tak długi czas zostały mi w głowie, a co do znaczenia których niekiedy musiałam dorosnąć.

Katafalk. Słowo, które zna każdy, kto czytał wspomniane już „Tango” Mrożka. Pojawiło się ono
w dialogi zięcia z teściową: mamusia się położy na katafalku i zacznie się już przyzwyczajać.

Katafalk, czyli stolik, na którym kładzie się trumnę.

Wypowiedź ta doskonale obrazuje typowe stosunki z teściami przygotowując młodego człowieka na to, że jest to normalne. Od wieków na wieki – normalne, mimo że mój, wyniesiony z domu wzór, jest całkiem inny – mój tata z teściową się naprawdę przyjaźnili i każdy, kto znał moją babcię (żonę wspomnianego dziadka), wcale się temu nie dziwił.

Cudze chwalicie, swego nie znacie.

Nie wiecie, co tracicie, jak wyprzedzając kontekst i epokę trafnie ujął to Stanisław Jachowicz.

Po sukcesie „Gry o tron” ktoś zauważył, że Polacy nie gęsi i… Też swoją grę o tron mają. A jest nią książka „Krzyżacy”. Nie wiem, na ile porównanie to jest trafne, bo nie jestem fanką seriali, jestem wręcz w tej dziedzinie wyjątkową ignorantką, ale autorowi tegoż porównania wierzę na słowo.

Podchodziłam do „Krzyżaków” z dużą rezerwą, bo Sienkiewicz nie zyskał w moich oczach książką „W pustyni i w puszczy”, do której miałam podejść co najmniej pięć.

Wszystkie bezskuteczne.

„Krzyżacy” jednak zrobili na mnie ogromne wrażenie. Aczkolwiek trudność lektury niwelował fakt, że czytał mi ją tata podczas wakacji i każde trudne słowo, którymi najeżona jest pierwsza z dwóch części, od razu mi tłumaczył.

Lektury czytać nie skończyłam, ale w dogodnym czasie planuję do niej wrócić.

Jako fanka ruin zamku Chojnik, które raz na jakiś czas z przyjemnością odwiedzam, będzie mi znacznie łatwiej zobrazować sobie jak faktycznie wyglądało życie w czasach, gdy był on zamieszkały. „Krzyżacy” wszystko dokładnie mi pokażą.

Literatura mówi, że przez 100 lat nie zmieniło

Ale Polacy nie gęsi… I w rolę Johna Griffitha Chaney’a publikującego jako Jack London wcielił się Aleksander Głowacki, który przybrał pseudonim Bolesław Prus.

Powieść Jacka Londona „Martin Eden” zaczęłam czytać w ósmej klasie. Pamiętam to dokładnie, ponieważ wtedy po raz pierwszy wyprowadziłam się z domu.

Książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Czytałam ją w małym, trochę za ciemnym pokoiku na poddaszu, który wówczas zajmowałam.

Egzaminy ósmoklasity nie dały mi jej jednak skończyć. Musiałam się wziąć do nauki.

„Martin Eden” był lekturą nadobowiązkową, ale moja polonistka wiedziała, co wybrać, żeby było, o czym rozmawiać. Jest to jedna z tych książek, które naprawdę można omawiać pod wieloma względami i na wielu płaszczyznach.

W szkole średniej weszłam w posiadanie jej własnego egzemplarza. Dostałam go w ramach nagrody za zajęcie III miejsca w szkolnym konkursie literackim. Byłam w III klasie szkoły średniej, co oznacza, że nade mną wciąż byli starsi i bardziej doświadczeni pisarze.

Było to dla nie niezwykłe wyróżnienie.

Niedawno wzięłam „Martina Edena” z półki, bo nadszedł czas, żeby przeczytać go od początku do końca. Teraz, czytając go jako osoba dorosła, zrobił na mnie jeszcze większe wrażenie i zmotywował do założenia małego klubu książki, żeby mieć z kim go omówić.

Muszę śmiało przyznać, że „Martin Eden” Londona to najlepsza książka, jaką w życiu czytałam.
A trochę ich mam na swoim koncie.

London porusza wiele wątków, które do dziś są niezwykle aktualne. Zawieszona na początku XX powieść opisuje do dziś aktualne zachowania ludzkie. I coraz bardziej uświadamia mnie, że ludzie, których można nazwać „oświeconymi”, wyrwanymi z wszelkich schematów i kawonów oraz wciąż jeszcze panoszącego się „nie wypada” są najprawdopodobniej ci, których najmniej byśmy o to posądzali, bo utarte i wpojone nam postrzeganie świata mówi na ten temat co innego.

Bardzo podobny motyw, aczkolwiek osadzony w Polsce, a nie, jak w przypadku powieści Londona, w Ameryce, poruszył w swojej książce „Lalka” Bolesław Prus. Nie mam jeszcze pewności, czy mogę nazwać „Lalkę” polską wersją „Martina Edena”, ale niebawem się o tym przekonam nadrabiając tę również niedokończoną w czasach szkolnych lekturę.

„Lalka” pokazuje polskie wyższe sfery, dla których, podobnie jak u Londona, pochodzenie było czynnikiem absolutnie najważniejszym. I tu chłopak z niższych warstw społecznych próbował wzbić się na wyżyny, by stać się godzien „znacznie lepiej od niego urodzonej panny”.

Zarówno Griffitha Chaney jak i Głowacki, tydzień London i Prus ukazują ignorancję tego, co kryje się pod pięknem koronek, wystawnych kolacji, i szykownych wnętrz.

Obie powieści doczekały się ekranizacji. Nasza polska „Lalka” już w 1968 roku została doskonale zekranizowana i śmiało zastępuje lekturę tym, którzy nie zdołali jej przeczytać, a mieli to w szkolnym obowiązku.

„Martin Eden” jest ścieżynką i swoją premierę w Polsce będzie mieć lada dzień – na początku czerwca 2021. Francusko-włoska ekranizacja powieści Londona jest jednak tylko oparta na książce. Reżyser musiał dodać od siebie parę, moim zdaniem całkiem niepotrzebnych przekłamań, które dla niego są zapewne niezbędnymi „smaczkami”. Bo jak to tak komedia romantyczna bez scen łóżkowych? To nie Bollywood!

A szkoda. Reżyser „Lalki” wstrzymał się od scen erotycznych wiernie trzymając się książki. London w swojej powieści podkreśla dbałość o czystość przedmałżeńską, która odróżniała wówczas kobiety wyższych sfery od niższych i czym się wręcz chełpiono.

Reżyser ekranizacji powieści „Martin Edena” całkowicie spłycił sens miłości sprowadzając ją w pełni do seksu posługując się przy tym żywcem zapożyczonym z książki dialogiem między głównym bohaterem, a wybranką jego serca, co widać w zwiastunie filmu.

Wracając do lektur – wypadałoby wspomnieć również o szklanych domach i „Przedwiośniu”. Ta druga lektura pomogła mi zrozumieć geopolitykę Rosji, którą niedawno zgłębiałam. Tę pierwszą natomiast dopisuję do listy książek, które muszę nadrobić i wiem, że czytając ją teraz, zrozumiem i wyciągnę z niej znacznie więcej niż wtedy, kiedy omawiałam ją w szkole.

Klasyki wśród lektur

Okazuje się, że spośród książek, które wzięłam do ręki jako klasyki literatury i które wywarły na mnie ogromne wrażenie ukazując życie ludzi w danym okresie były również lektury. Wśród nich niezwykła powieść Lwa Tołstoja „Anna Karenina” oraz jedna z moich ulubionych książek, nieco w klimacie Mickiewiczowskich „Ballad i Romansów” – „Tristan i Izolda”.

Przypomniała mi się również „Pieśń o Rolandzie”, którego jestem fanką. Pieśń ta, złożona z bardzo wielu zwrotek, została ostatecznie zebrana w całość, poskładana i wydane w formie książki. Jej zwrotki nie są jednak w pełni ułożone w poprawnej kolejności. Dzięki temu dowiadujemy się, ile ile można zrobić bez mózgu. I za ów fakt tenże utwór uwielbiam.

Przeglądając wiersze przypomniały mi się erotyki, z których „W malinowym chruśniaku” Leśmiana miałam nauczyć się na pamięć, a później wyrecytować przed całą klasą.

Do dziś pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie ów utwór i jak pobudzał wyobraźnie kończąc się a malonowy chruśniak trwał tam dalej… A w głowie: podczas gdy zakochani…

Za recytację, a raczej jej brak dostałam swoją pierwszą i jedyną w życiu banię z języka polskiego. Było to jednak zastępstwo z nauczycielem-stażystą i moja pełnoprawna nauczycielka, po powrocie ze zwolnienia, mi ją anulowała.

Matowe perełki

Są jeszcze dwie książki, które dość mocno zapadły mi w pamięć i których sensu istnienia do dziś nie jestem w stanie pojąć. Co prawda fragment Anielcia wylała olej stało się nieoficjalnie związkiem frazeologicznym. Nie zmienia to jednak faktu, że z lektury „Mistrza i Małgorzaty” nie wyniosłam kompletnie nic. Może jedynie lekki niesmak z powodu poświęcenia dla niej czasu.

Moją drugą matową perełką jest „Sierotka Marysia i krasnoludki”. Gdybym mogła, niczym rodzice Aurory, którzy pozbywali się z całego swojego królestwa wszystkich kołowrotków, pozbyłabym się wszelkich egzemplarzy tejże potworności starając się tym samym zapobiec przed czytaniem jej dzieciom.

Baśnie Andersena natomiast opatrzyłabym znakiem „dozwolone od lat 18”.

_________________

*Coś mi świtało, że to jakiegoś, naszego wieszcza i owszem – autorem „Dewotki” jest Ignacy Krasicki

**Nigdy nie nauczę się pisać tego w odpowiedniej kolejności!

Author: Julia Daroszewska

Pomysłodawca portalu i naczelna, mocno utytułowana technicznie magister inżynier Politechniki Wrocławskiej. Pasjonatka mody i stylu, miłośniczka marketingu, którym zajmuje się na co dzień. Organizatorka imprez. Chrześcijanka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.