„Ale”. The power of „ale”, czyli dlaczego wciąż nie masz fajnej pracy

Czas dyplomowych obron trwa. Po nich nastanie nowy etap w życiu dyplomantów. Skończy się sielanka i zacznie życie z krwi i kości. I wielu z nich, na wiele pytań i mądrych argumentów odpowiadać będzie „Ale”…

Kariera

Rektor uczelni wyższej, podczas eksmatrykulacji absolwentów studiów magisterskich tak oto ma w zwyczaju powiadać: jesteście świetnie przygotowani, idźcie w świat i żyjcie godnie! Praca czeka na was, a świat stoi otworem! Jesteście absolwentami najlepszej uczelni w Polsce! – ryczy zza „kazalnicy” w Auli. Wyniosła ta mowa jest zawsze, ale zawsze też kwitowana zgorzkniałym pomrukiem niezadowolenia.

Od eksmatrykulacji minęło naście miesięcy. Kilka osób otworzyło własny biznes, kilka pracuje, ale kwalifikacje maja znacznie wyższe niż stanowisko wymaga.

– Żałuję, ach jak żałuje, ze nie byłam na studiach zaocznych! Zobacz, miałabym już 5 lat doświadczenia w pracy, bo bym jednocześnie pracowała. A tak skończyłam dzienne i co mam z tego? Po co mi w ogóle były te studia?! – Mówi jedna z moich pracujących znajomych. Ma łeb jak sklep, co jej zawsze powtarzam.

 I nie tylko jej, bo, rozmawiając z kimkolwiek na jej temat, ciężko tego nie wspomnieć. Ma niesamowita wiedzę i potrafiłaby wiele zdziałać, zorganizować, ale…

No i otóż to! Tu pojawia się owo „ale” i właśnie to ALE jest przyczyną tego, że tak niewielu po studiach zaczęło zarabiać prawdziwe pieniądze i na prawdę żyją, a nie dożywa wypłaty.

Studia dzienne nie dały nam doświadczenia w pracy zawodowej. Nie dały też praktyki, ani czystej wiedzy. One nas tylko nakierowały. I dały czas, żeby wiedzę tę szukać i zgłębiać. Studenci mają bowiem dość sporo czasu (spodziewam się w tym momencie wielu sprzeciwów czytelników tego artykułu, ale sami się zastanówcie). Studenci nie są związani ośmiogodzinnymi kontraktami, a wykłady są nieobowiązkowe. Można sobie cudownie zaplanować czas.

Planowaniu czasu sprzyja też organizacja uczelni, bardzo pod kątem studentów. W okolicy szkół wyższych jest wiele miejscówek, umożliwiających doładowanie braków energetycznych niedrogim obiadem, uzupełnienie płynów ustrojowych czy też wypłukania sobie magnezu z organizmu niedrogą kawą z automatu oraz, co najważniejsze skorzystania z biblioteki, wypełnionej pełną gamą drogich magazynów, do których dostęp gwarantuje posiadanie ważnej legitymacji, czyli niewiele. Są tam również dostępne pozycje książkowe, na które na prawdę nieliczni mogliby sobie pozwolić. I wszystko studenci mają za darmo. No, chyba że ktoś zgubi czy przetrzyma książkę, ale takich sytuacji pod uwagę tutaj nie bierzemy.

Jakby się więc przyjrzeć takiej uczelni z perspektywy absolwenta, są one idealnie dostosowane do tego, by móc jak najbardziej komfortowo i z pełnym żołądkiem zdobywać czystą teorię.
No właśnie,czystą teorię. Studia w założeniu nie uczą. One pokazują, co można wiedzieć i wskazują miejsca, skąd czerpać tę wiedzę oraz potrzebny na jej zgłębianie czas. Wykładowcy wymagają suchej teorii, ale wierzcie mi, bez tej teorii, na którą tak studenci narzekają, po tym, jak okazuje się – na prawdę często, że nie ma ona najmniejszego odbicia w rzeczywistości – również się przydaje. Można dzięki niej polemizować, rozmawiać, dowiadywać się i dyskutować. Bez suchej teorii możemy się tylko bezmyślnie na wszystko zgodzić, ew. nie powiedzieć nic z braku całkowitej nieznajomości tematu.

A co z tymi całkiem nieprzydatnymi, bo takich jest jednak najwięcej? Czy te całkiem niepotrzebne przedmioty są rzeczywiście tak całkiem nieprzydatne? Owszem, zdarzają się, ale rzecz w tym, że w większości nigdy nie wiadomo, gdzie po zakończeniu edukacji wylądujemy. Wtedy właśnie okazać się może, że to, co wydawało się nam przydatne i ciekawe, nie będzie miało żadnego zastosowania w przyszłej pracy zawodowej.

– No to tak czy siak, po co mi było wkuwanie tych bzdur, skoro nie mam z tego teraz nic?

Takie narzekania słychać nie tylko od studentów, a żeby na nie odpowiedzieć, przytoczę anegdotę, którą usłyszałam naście lat temu, kiedy, jeszcze w podstawówce szukałam azylu w świetlicy. Posłyszana rozmowa prowadzona była między dwiema paniami tam pracującymi, tzw. „świetliczankami”.
– Popatrz, po co mi były te wszystkie techniczne bzdury, to piłowanie desek, wbijanie gwoździ chociażby! – Mówiła jedna, która skończyła jakieś tajemnicze technikum.

– Popatrz na to z innej perspektywy – odpowiedziała jej na to druga – może nie stosujesz tej umiejętności, ale ją posiadasz i jesteś pod tym względem lepsza od kogoś, kto tej wiedzy i umiejętności nie ma. Nie ważne, że nie korzystasz z tego, czego się nauczyłaś, to, co wiesz u umiesz, jest twoje.

Była to młoda nauczycielka klas 1-3 z, tego co mi wiadomo, kilkoma specjalizacjami. Jako jedyna w szkole prowadziła zajęcia z logopedii. Jednocześnie, pracując w szkole, studiowała zaocznie socjologię, a bezpośredni po jej skończeniu, zaczęła inny humanistyczny kierunek. Po około ośmiu latach pracy jako nauczycielka w klasach 1-3, żeby odpocząć, pracowała w świetlicy, potem w bibliotece, a uczniowie wybierali się do niej po porady pedagogiczno-psychologiczne.
Od kobiety od wbijania gwoździ zawiało konsternacją. Nie odpowiedziała niczego.

Babeczka Cookie with Love to super prezent na Dzień Ojca!
R E K L A M A

Całe studia uczą radzenia sobie. Często bycie studentem wiąże się z walką o przeżycie, z biurokracją (zebranie wpisów do indeksu i dostarczenie wypełnionego do dziekanatu w odpowiednim terminie, który czasem zamyka się w zaledwie kilkugodzinnych widełkach czasowych, jednego konkretnego dnia) i cierpliwością (stanie w kilkugodzinnych kolejkach na spotkanie z dziekanem, który powie, że do decyzji brakuje mu jeszcze jakiegoś dokumentu). To sprawia, że absolwenci wyższych uczelni państwowych są w większości NIEZNISZCZALNI.

Wyżej wspomniane bzdury też przydają się podczas napotkania jakiegoś problemu.
Kraje zachodnie – na przykład Niemcy mają studia bardzo okrojone. Wykłady dotyczą tylko tego, co jest potrzebne. Zajęć jest więc nierzadko mniej niż u nas, za to bardziej aktualne, w stosunku do zapotrzebowania rynku pracy. Często przytaczanym minusem takich studiów jest jednak to, że jeśli przykładowy Niemiec, podczas już pracy zarobkowej napotka jakikolwiek problem… Stanie z pracą w miejscu. Nie będzie miał pojęcia, jak go rozwiązać, co więcej, nawet nie spróbuje tego zrobić! Polak natomiast nie przestając kontynuować będzie pracę, jakby napotkanie błędu było dla niego czymś powszednim. Rozwiąże więc sobie ów problem i „poleci” z pracą dalej.

Dobra opinia o Polakach, jako pracownikach coraz bardziej rozpowszechnia się w krajach zachodnich. Polacy są dzięki temu coraz bardziej doceniani, przez co stają się bardziej pożądani przez zagranicznych pracodawców.

No to gdzie tkwi problem? Skąd taki duży procent bezrobotnych wśród absolwentów wyższych uczelni? A bo właśnie. Znów wracamy do tego całego ale. Polacy, mimo że (pokuszę się wręcz o stwierdzenie) – najlepsi, nie zdają sobie z tego sprawy. Przeglądanie ofert pracy załamuje ich, bo tu mnie i tak nie wezmą, tu nie mam co próbować, na to mam za niskie kwalifikacje… I tak w kółko. Ale od razu zakładają porażkę. Nie sprawdzą, nie przekonają się, nie spróbują.

Współczesny świat kolorowych reflektorów składa hołd „cukierkowej głupocie”. Głupotę tę można ponadto powiększyć, stosując silikonowe wkładki, dając tym samym kolejne wątki do gadania, bo nie ważne co gadają, byle by gadali, nawet głupio gadali, ale gadali w końcu w społeczeństwie, rozwijającym się krzywo – na wzór „zgniłego zachodu” ważne jest tylko to, by po prostu być na językach, a potwierdzony badaniami fakt, że dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa i tak słuchać nie potrafi, udowadnia tym samym, że tym bardziej nie ważne co mówią, byle by tylko mówili…
I tak w koło Macieju.

„Powiększający się” świat gwiazd nie może pozostać bez interakcji ze światem rzeczywistym, tym, w którym obracamy się my – szarzy absolwenci. Godzi to w nas, ale przede wszystkim jednak w głównodowodzący organ naszego szarego świata – w nasz mózg. Jego bowiem powiększyć nie można, wszczepiając silikonowe zwoje, by zwrócić na niego uwagę wszystkich wokół, jak trafnie stwierdził w jednym z wywiadów Jerzy Pilch. Sprawia to, jak mówi pisarz, że całe rzesze muszą żyć w poczuciu tragedii, że mają za mały. Powoduje to wszechogarniające zniechęcenie i pociąga to za sobą umiejętność kreatywnego wynajdowania kolejnych ale na każdą próbę udowodnienia ludziom, że ich mózg jest dostatecznie duży, a ich wiedza i bystrość szeroka na tyle, by mogli realizować się w tym, w czego kierunku tyle lat się edukowali.

Dodatkowym dowodem na to, iż mózgom naszym nie można zarzucić niczego jest popularna wśród studentów (a w tym również i absolwentów) średnia wysokość IQ, plasująca się na poziomie 120 (gdzie przeciętne IQ równe jest 100). Ta ponad przeciętna właśnie sprawia, że studenci, zamiast działać, siedzą i myślą. I tworzą kolejne ale, dlaczego siedzą na bezrobociu, bądź dlaczego nie mają godnej siebie pracy.

Dlaczego więc, absolwencie siedzisz na bezrobociu / nie masz godnej siebie pracy? Przecież oferty pracy nie brakuje!

– No tak, ale nie mogę znaleźć nic dla siebie.

– A próbowałeś? Przecież oferty pracy zajmują duży procent „zawartości” Internetu.

Ale ja nie mam odpowiednich kwalifikacji.

– To je zdobądź! Nic prostszego. Jeśli jesteś absolwentem, znaczy że z pewnością znasz co najmniej dobrze jedno z dużym miast Polski, bo wyższe uczelnie mają to do siebie, że zwykle znajdują się w tych większych miastach. Co za tym więc idzie, znajdź firmę, wydrukuj swoje CV i udaj się osobiście z pytaniem, czy może nie potrzebują kogoś. Nie masz kwalifikacji – są staże!

Ale ja nie mam CV. I nie wiem jak je napisać…

Tu jest przykład świetnego szablonu CV. Wystarczy go odpowiednio wypełnić, do czego z resztą są wskazówki, ewentualnie zmienić to, co jest niepotrzebne i voilà!

Ale będę musiał robić za darmo.

– A na bezroboci siedząc nie siedzisz za darmo? Polskie prawo nie przewiduje wypłacania zasiłku (który swoją drogą wystarczyć może MOŻE na waciki) jeśli nie pracowało się nieprzerwanie przynajmniej przez jeden rok. Tak więc siedzisz i nic nie robisz, a tak chociaż podnosiłbyś sobie kwalifikacje.

Ale nadal nie widzę tu ofert pode mnie.

– A za granicą? Tam Polacy są docenieni, możesz wyjechać za granicę!

Ale tam trzeba znać języki obce. Ja nie znam języków.

– Kończąc studia trzeba jakiś umieć PRZYNAJMNIEJ W STOPNIU komunikatywnym. Jesteś absolwentem, musisz więc jakiś znać.

– No tak, ale nie używałem go na tyle długo, że nic już nie powiem.

– Co za problem więc przypomnieć sobie język?

– No ale jak? Ale gdzie? Kursy są płatne.

– Kursy są płatne, ale są sposoby znacznie tańsze. Jednym z nich jest spotkanie językowe z grupy Couch Surfing i pogadanie sobie z ludźmi w obcych językach. A znacznie szerzej pisałam już o tym w poście Do you speak Mozambic? Co cię jeszcze powstrzymuje przed wyjazdem za granicę?

Ale mój chłopak / moja dziewczyna…

– Praca do inwestycja w przyszłość dla waszego obopólnego dobra. Jeśli macie być razem i tak będziecie, a możliwości komunikacji międzynarodowej są w większości przypadków znacznie tańsze i lepsze niż między miastami w Polsce. Przykład: przelot samolotem tanich linii lotniczych z Polski do Anglii w dwie strony zamyka się w około 120 złotych i około 6-5h lotu w jedną stronę. Pociąg IC na linii Warszawa–Wrocław w dwie strony kosztuje około 200PLN a w jedną stronę jedzie co najmniej 6h.

Macie jeszcze jakieś kreatywne ale w zanadrzu? Bo jak nie, to posłuchajcie sobie tej oto piosenki i odpowiedzcie mi na pytanie postawione jej tytule: Why don’t you get a job?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.