Paznokcie to taka wizytówka człowieka. Ponieważ mój problem ze skórkami jest na tyle wielki, że, gdybym na tydzień zostawiła je w spokoju, można by urządzić konkurs na najzdolniejszą kosmetyczkę: „Kto zrobi coś z tymi paznokciami, wygra!” O sponsora nagród natomiast można by spokojnie poprosić dobrą markę samochodów.

Na widok moich palców panie manicurzystki zwykle tłumiły odgłos przerażenia, zamieniając go szybko na artykułowane zdanie: Oh! Książkowe skórki.

Na dodatek paznokcie zaczęły mi się ostatnio łamać. Mimo super zdrowego odżywiania się płyn do mycia naczyń był górą. Czemu akurat płyn? Bo po tym, jak na moim zlewie zadomowił się Biedronkowy Tymek, z paznokciami zaczął się istny horror.

Wizyty w salonach kosmetycznych i tak na wiele się nie zdawały, a teraz, patrząc na ceny usług w nich wykonywanych żałuję, że zdecydowałam się na studia. Tyle czasu straconego, a gdy patrzę na zarobki swoje oraz swoich dyplomowanych kolegów i koleżanek, to żałuję, że nie poszłam do szkoły fryzjerskiej. Wydawanie na paznokcie kwoty, za którą jem przez tydzień albo i półtora jest absurdem.

Postanowiłam więc wziąć paznokcie w swoje ręce.

SKÓRKI

Całe życie mówiono mi, że trzeba je odsuwać, odsuwać i odsuwać. Odsuwałam je i jaki tego był efekt? To, co odsunęłam zaczynało odstawać. Nadal było, ale dostawało. Niekiedy zaczynało się suszyć i obrzydliwe, chropowato odstawało od paznokcia, a niekiedy nic sobie z tego mojego odsuwania nie robiło. Po latach znalazłam na nie sposób.

Skórki należy atakować systematycznie. Inaczej zarosną po końcówki palców, jak w moim przypadku. (Jak zdarzy mi się je z powodu braku czasu zaniedbać, czuję się jak żółw skórzasty). Najlepszym momentem na zajęcie się nimi jest moment tuż po umyciu głowy. Skórki są wtedy rozmiękczone wodą i podatne na odsuwanie i podważanie. Odsuwamy je więc i podważamy czymś ostrym. Z czymś ostrym nie ma co przesadzać, wystarczy kupić fajny mini zestaw do manicure w sklepie pt. „Wszystko za 2,99” lub „wszystko za 5zł” i mamy dedykowane paznokciom ostre narzędzie.

Podważamy więc skórki czymś ostrym i odsuwamy je. Następnie bierzemy nieco droższe narzędzie – cążki do paznokci. Mimo że szukając ich, z powodu cen w kilku pierwszych sklepach, które odwiedziłam, mało nie zemdlałam, udało mi się znaleźć takie za około 20zł. Jednak ile by nie kosztowały, spokojnie można znaleźć takie, które nie przekroczą 40zł. Biorąc pod uwagę, że są one na lata (tak! Na lata!), opłaca się je kupić. Dla porównania: wizyta u manicurzystki jest jednorazowa.

Babeczka Cookie with Love to super prezent na Dzień Ojca!
R E K L A M A

Wracając do skórek: po tym, jak wymoczone zostały podczas mycia włosów i podważone i poodsuwane ostrym narzędziem, wycinamy je.

AAA!” – wrzaśnie większość z was. „AAAAA! Nie wolno! Nie wolno wycinać skórek, bo będą jeszcze bardziej odrastać!”. Otóż skórki, to nie włosy, które rzekomo po wyrwaniu odrastają jeszcze bardziej. Skórki to skórki. Albo się ich pozbędzie, albo one będą! Całe życie słyszałam „AAAAAAA! Nie wycinaj! Bo będą ci dopiero odrastać”! I co? I całe życie chowałam ręce pod pachami ze wstydu. Nie mogłam malować paznokci, nie mogłam nosić pierścionków. Za to mogłam, a wręcz musiałam robić wszystko, żeby jak najmniej zwracać na nie uwagę.

Po tym, jak zaczęłam opisany tu proces, moje kilkumilimetrowe paznokcie na prawdę stały się wgłąb palca dłuższe. Mogę je malować, bo mam co malować i nareszcie mogę nosić pierścionki. Co prawda w obecnym wieku i stanie cywilnym pozostają mi takie wyraźniej tandetne: sztuczne, żeby nie mylić potencjalnych kandydatów na męża, pierścionkiem, który mógłby zostać odebrany jako zaręczynowy, ale to już coś!

Więc nie „AAA! Odrosną!” tylko do dzieła! I tak odrosną, dlatego bądź systematyczna i zajmuj się nimi po każdym myciu głowy. I skórki mamy z głowy!

ŁAMIĄCE SIĘ PAZNOKCIE

A co z tym łamaniem się paznokci? Rada pewnej pani kosmetyczki na łamliwość była taka, by moczyć je sobie codziennie w ciepłej (lekko podgrzanej) oliwie, np tej z oliwek. 

Miałam w życiu moment, że smarowałam się oliwką zamiast balsamem. Nie będę o tym teraz pisać, bo ma być o paznokciach. Napiszę tylko, że takie coś sprawdza się w lecie do krótkich spodenek/spódniczek (długie całe się zatłuszczą), ale nie jest to rozwiązanie na plażę, ani gdy jesteśmy w miejscu, w którym jest dużo kurzu, bo wszystko idealnie się do naoliwionego ciała przykleja… Fuj! Nigdy się do tego nie zastosowałam. Stwierdziłam, że nie będę jak idiotka podgrzewać kuchennej oliwy, a potem siedzieć i trzymać w niej rąk; bezczynnie siedzieć z rękami unieruchomionymi niczym kajdankami. ABSURD!

Ale o smarowaniu oliwką wspomniałam, bo kiedy się nią co rano babrałam, zauważyłam, że moje paznokcie na prawdę doskonale się wzmocniły. Co więc zrobiłam teraz? Poszłam do drogerii i kupiłam najtańszą oliwkę (dla dzieci) jaką mieli. Za 250ml opakowanie zapłaciłam niecałe 3zł, więc nie poszłam z torbami. Codziennie przed snem smaruję nią ręce: dokładnie wsmarowuję ją w każdy paznokieć. Nadmiarem tłuszczu na rękach traktuję też łokcie. Robię to tylko i wyłącznie na noc. Efekt? Już po tygodniu zauważyłam, że paznokcie zrobiły się znacznie mocniejsze, a dłonie, mimo zimy są gładkie i nawilżone.

Nie dam tu zdjęcia swoich paznokci, bo moje dłonie do modelingu się nie nadają, obecnie czuję się z nimi jak gwiazda.